sobota, 26 kwietnia 2014

Prolog.

Wszystko zaczęło się psuć w dniu pogrzebu mojego ojca.
To był spoko gościu, ten mój tata, dopóki nie zachorował na białaczkę.
Pół roku temu dowiedzieliśmy się, że to choroba wygra. Jedynym czego tata pragnął to było umrzeć po mojej osiemnastce, czyli trzy miesiące po swoim pogrzebie.
Był moją jedyną rodziną i mimo, że jego odejście było zapowiedziane, to był to dla mnie duży cios.
Na pogrzeb przyszło dużo ludzi. Tata jako zdrowy człowiek był prezydentem miasta, więc dużo ludzi go znało i przyszło pożegnać.
Stałam przy trumnie i przyjmowałam kondolencje gdy podeszła do mnie wysoka blondynka w efektownych i ciemnych okularach oraz strasznie długich nogach. Na pewno była bardzo ładna, ale okulary zasłaniały dużą część twarzy.
- Moje kondolencje. - Powiedziała słabym głosem wyciągając do mnie rękę.
Uścisnęłam ją mówiąc:
- Dziękuję. - Uścisk jej ręki był, w przeciwieństwie do głosu, mocny i pewny. - Może głupie pytanie, ale znam panią?
Byłam pewna, że nie. Osoby takie jak ona zapadają w pamięć, zwłaszcza w tak małym miasteczku.
- Jestem Amanda Colson. Przyjaźniłam się z twoim ojcem na studiach.
- Aha. - Nie za bardzo wiedziałam co powiedzieć. "Miło poznać?" Nie było mi miło. - Dam pani chwilę. - Powiedziałam w końcu i odeszłam wolnym krokiem.
Kątem oka widziałam jak kobieta nachyla się nad trumną i coś szepce. Kiedy się wyprostowała, zdjęła okulary i rozejrzała się po sali. Jej wzrok zatrzymał się na mnie.
Miała jedno oko szare a drugie zielone.
Wciągnęłam gwałtownie powietrze.
"To nie może być prawdą." Myślałam gorączkowo kiedy ruszyła w moją stronę.
- To nie jest możliwe. - Powiedziałam na głos gdy do mnie podeszła.
- Chris, tylko nie panikuj. - Powiedziała szybko.
- Nie mam zamiaru panikować. Jestem wściekła. Wynoś się. - Powiedziałam przez zaciśnięte zęby i odwróciłam się na pięcie.
W tym momencie duchowny poprosił o zajęcie miejsc.
Pod koniec mszy poprosił o przeczytanie mów pożegnalnuch. Najpierw Sally, jego przyjaciółka i zastępczyni, potem Karl, jego najlepszy przyjaciel od dziecka, a potem ja.
- Nie zawsze mówiłam mu że go kocham. - Zaczęłam. - I bardzo tego żałuję. Ale myślę, że choćbym mówiła to kilka razy dziennie to i tak byłoby za mało. - Czytałam z kartki, ale litery rozmyły mi się przed oczami. - Mój ojciec był wspaniałym człowiekiem, wszyscy to wiemy. Wiele osiągnął, a wiemy, że nie było mu łatwo. Wiele stracił, życie go skopało, ale podniósł się i wychował mnie i naprawił to miasto. Był nie tylko prezydentem, był przyjacielem. I myślę, że to jest najważniejsze. Ja powiem jeszcze tylko raz: kocham cię, tato. - Głos mi na końcu zadrżał, ale nie przez szloch. Już nie płakałam. To drżenie było spowodowane wyłapaniem w tłumie TEJ kobiety.
Kiedy było po wszystkim ludzie zebrali się u mnie w domu, na stypie.
Rozmawiali ze mną, współczuli, gratulowali postawy, przemówienia, próbowali pocieszyć.
A potem weszła ona.
Przeprosiłam moich rozmówców i podeszłam do niej.
- Chodź za mną. - weszłam do mojego pokoju.
- Spóźniłaś się o siedemnaście lat z hakiem. - Powiedziałam.
- Zdaję sobie sprawę. - Powiedziała. - Ale nie wiedziałam, że Adam jest chory.
- Najgłupsze z możliwych usprawiedliwień. - Prychnęłam.
- Wiem. - Przytaknęła i przekręciła głowę w bok, jak zaciekawiony zwierzak. - Masz oczy po mnie, ale mają błysk twojego ojca.
- Wade genetyczną mam po tobie. - Poprawiłam ją. Ja również miałam jedno oko szare a drugie zielone. - Po co tu przyszłaś?
- Jeszcze przez pół roku jesteś nieletnia. - Powiedziała. - Dzięki mnie nie wylądujesz w sierocińcu.
- Dzięki, ale wolę dom dziecka. - Powiedziałam twardo.
- Nie musisz się przeprowadzać. - Powiedziała szybko, zestresowanym głosem. - Nie każę ci się stąd ruszać. Będziesz ze mną tylko mieszkać, przez pół roku.
- Powiem ci, że szybka jesteś. - Prychnęłam. - Nie ma cię 17 lat i nagle zjawiasz się i jak gdyby nigdy nic oznajmiasz, że mieszkamy ze sobą. Daruj sobie, nie potrzebuję twojego współczucia ani żadnej pomocy.
Westchnęła głęboko.
- Tego się spodziewałam. - Mruknęła po czym dodała głośniej - Obawiam się, że nie masz nic w tej sprawie do powiedzenia, Chris. Płaciłam regularnie alimenty i cały czas mam do ciebie prawa rodzicielskie. Zostałam twoim jedynym, prawnym opiekunem.
- Ojej, to urocze, ale możesz sobie pomarzyć. Córkę straciłaś mniej więcej trzy lata temu, kiedy straciła w ciebie wiarę. Wracaj skąd przyjechałaś i nie odwiedzaj mnie więcej. - Powiedziałam i wyszłam.
Goście rozmawiali ze sobą jak gdyby nigdy nic, więc dołączylam do nich, ale kątem oka zobaczyłam jak moja matka wychodzi.
***
- Dziękuję za pomoc, Sally. - Powiedziałam gdy skończyłyśmy ogarniać dom po "imprezie".
- Nie ma sprawy, wiesz, że jestem do twoich usług. - Uśmiechnęła się słabo. Było jej cholernie ciężko po jego śmierci, ale pomagała mi jak tylko mogła. - Chris, musimy pogadać. - Dodała poważniej.
Usiadłyśmy na kanapie.
- Jeszcze jak Adam był kompetentny, powiedział mi, że twoja matka...
- Ma do mnie prawa rodzicielskie. - Dokończyłam. - Fajnie, że mnie za wczasu poinformował, prawda?
- Skąd o tym wiesz? - Zdziwiła się.
- Bo była tu dzisiaj. - Odpowiedziałam bezbarwnym głosem.
- Była... Tu... Amanda? - Wykrztusiła Sally.
- Tak, czeka mnie interesujące pół roku. - Odparłam tym samym tonem.
- Chris! - W drzwiach stanęła niska dziewczyna z burzą rudych włosów i jej brat, bliźniak, z tym, że blondyn. - Przerywamy ważną rozmowę? Bo jak coś to wpadniemy póź...
- Nie, akurat skończyłyśmy. - Przerwałam patrząc na Sally, która westchnęła teatralnie.
Wstałam i poszłam z przyjaciółmi do mojego pokoju. Tam wszystko im opowiedziałam.
- Seksowną masz mamusię, nie ma co. - skomentował Lane gdy skończyłam. Spojrzałam na niego morderczym wzrokiem. - W sensie, wiem już po kim taka jesteś. - Dodał szybko na co przewróciłam oczami.
- Ale w końcu masz okazję dowiedzieć się czy to od niej TO masz. - Dodała May.
- Już nad tym panuję. - Odparłam. - I nie chcę jej widzieć w moim życiu.
Podeszłam do biurka i wyciągnęłam z szafki trzy grube i stare księgi. - Ale to nie zmienia faktu, że będzie tu przez pół roku i może wpaść na głupi pomysł szperania w moich rzeczach. A to - Wskazałam na księgi - wzbudziłoby pytania, na które nie chcę odpowiadać.
- Więc mamy je przechować. - Domyśliła się May.
- Dokładnie. - Westchnęłam. - Wiadomość, że jestem łowcą potworów, mogłaby jeszcze bardziej popsuć nasze "stosunki".
- Ej, ale tamten dziwny facet w lesie powiedział, że to genetyczne, czyli ona musi być taka sama jak ty. - Powiedział Lane rozwalając się na łóżku.
- Średnią mam ochotę, żeby to sprawdzić. - Odparłam.
- Wiesz, - Zaczęła May - może daj jej szansę...
- Nie, dziękuję. - Powiedziałam rzucając na jej brata Księgi na co zareagował głośnym sapnięciem. - Jeśli zaraz nie zmienimy tematu to was wyproszę.
- Ale to ty zaczęłaś tem temat. - Jęknął Lane.
- Więc ja go kończę. - Ucięłam. - Pomożecie mi jutro z kartonami z pokoju taty?
Kilka miesięcy temu tata przygotował wszystko do swojej śmierci, wszystkie papiery, rzeczy do wyrzucenia i testament. Zostało mi jeszcze tylko wyniesienie rzeczy z jego pokoju.
- Tak, pewnie. Zaraz po tym jak skończysz płakać. - Zirytował się Lane. - Dziewczyno, to był twój ojciec a tobie tylko raz zadrgał głos. Na pogrzebie byłaś zimna jak lód, zero emocji.
- Bo tak zostałam wychowana. - Odparłam. - Mam być obojętna na śmierć. Inaczej nie przetrwałabym w tym co robię.
- Ale tu chodzi o twojego ojca!
- Dziękuję za to trafne spostrzeżenie, Lane. - Urwałam mu sucho. - Chyba powinniście już iść.
- Masz rację, idziemy, Lane. - Powiedziała May ciskając gromy w stronę swojego brata. - Wpadniemy jutro, pomóc z kartonami. - Dodała i wyszła ciągnąc za sobą Lane'a
Usiadłam na łóżku i schowałam twarz w dłoniach.
Czy stałam się takim samym, bezuczuciowym potworem jak te które zabijam?
***
- To już ostatni. - Sapnął Lane następnego dnia po robocie.
- Nie było tego aż tak dużo. - Odpowiedziała jego siostra nalewając lemoniady.
Był bardzo ciepły, lipcowy dzień. Pogoda zdawała się szydzić ze mnie i mówić: "Świat się cieszy a twój ojciec nie żyje." Ale nie brałam tego dosłownie.
Posiedzieliśmy chwilę w ciszy a potem Lane zapytał:
- Kiedy przyjdzie twoja matka?
- Nie wiem. - Odparłam obojętnie. - Jak dla mnie może w ogóle nie przychodzić.
- Niestety, córeczko. - Usłyszałam za naszymi plecami kobiecy głos.
- Nie mów tak do mnie. - Jęknęłam. - Dla ciebie jestem Christina.
- Jesteś moją córką... - Zaczęła, ale jej przerwałam:
- To powiązanie czysto biologiczne. Nie czuję żadnej psychicznej więzi. - Urwałam i po chwili dodałam - Ty tu tylko mieszkasz.
Zapadła chwilowa cisza. May i Lane wymienili niezręczne spojrzenia.
Po chwili mama usiadła obok Lane'a na kanapie. Ubrana była w żółtą sukienkę do kolan, włosy miała związane i nałożone na nie okulary, te same co wczoraj. Była na bosaka.
- Żałoba z ciebie aż kipi. - Zadrwiłam.
- W naszej pracy nie ma czegoś takiego jak żałoba. - Odparła. - Wiesz, pozwoliłam sobie zrobić mały rekonesans. O twoim powołaniu wie prawie połowa miasta!
- A nie mówiłem, że ona też jest łowcą?! - Ucieszył się Lane. Razem z Amandą spojrzałyśmy na niego krzywo i od razu oklapł.
- Ty nawet nie wiesz gdzie ty jesteś. - Zdziwiłam się patrząc na kobietę.
- Co masz na myśli? - Zmarszczyła brwi.
- O moim "powołaniu" wie większość miasta, nie prawie połowa. - Powiedziałam z szyderczym akcentem.
- To miasto to Brama Piekieł. - Dodała cicho May.
- Połowa mieszkańców jest Łowcami od pokoleń. - Uśmiechnął się Lane.
- Osiedliłaś się na bramie piekieł?! - W oczach Amandy błysnął niepokój.
- Takie jest moje przeznaczenie. - Odparłam sucho. - Poza tym to nie twój interes.
- Jestem Łowcą. - Odpowiedziała surowo. - Regulamin daje mi prawo do informacji...
- Ty już nie masz żadnych praw. - W pokoju nagle znalazła się Sally z Timmym i Coltonem, miejscowymi zawadiakami, strażnikami Władzy Łowczej, czyli, obecnie, Sally.
Sally nie jest Łowcą. Żeby nim być trzeba urodzić z pewnym genem, który przyciąga siły nadnaturalne. Z kolei, żeby być we Władzy Łowczej nie można mieć tego genu.
Sally od czasu zachorawania mojego ojca przejęła jego funkcję Naczelnika Świadcząco-Wykonującego, jednego z najważniejszych członków władzy Łowczej.
- Sally? - Zdziwiła się Amanda. - Ty tutaj?
- To miasto jest od dawna główną siedzibą Władzy Łowczej. - Odparła sucho. A potem zwróciła się do mnie cieplej - Chciałam ci o wszystkim powiedzieć wczoraj, ale nie dałaś mi dojść do słowa.
- Nie ma sprawy. - Odparłam zmieszana. - I tak nie wiem co tu się teraz dzieje.
- Nakazuję wszystkim obecnym pozostanie na miejscach. Od teraz jesteście świadkami degradacji obecnej tutaj Amandy Colson. - Sally wymówiła formułkę.
- Słucham?! - Blondynka zirytowała się.
- Tom, Colton, przypilnujcie, proszę, główną zainteresowaną. - Chłopcy stanęli po bokach Amandy a Sally wyciągnęła list i zaczęła czytać - "Za zachowanie niezgodne z kodeksem Łowców, za unikanie odpowiedzialności przed Władzą Łowczą i za odcięcie się od nakazanych obowiązków, skazuję Amandę Colton na banicję ze Świata Podziemnego i nakazuję pozbawienie znaków przynależności do Łowców. Podpisano: Naczelnik główny, Alabastor Kork."
- To jakaś kpina! - Zawołała oskarżona. - A gdzie proces?!
- Nie stawiłaś się na wezwanie, co jest równoznaczne z przyznaniem się do winy. - Odparła spokojnie Sally. - Chłopcy, przytrzymajcie oskarżoną i odsłońce symbol Łowcy.
Nastąpiła chwilowa szamotanina, Amanda nie chciała się od tak oddać, ale Tom i Colton byli silniejsi. Po chwili kobieta nieudolnie próbowała wydostać się z uścisku bliźniaków. Jeden z nich odsłonił nadgarstek Amandy a na nim ciemny symbol: okrąg o grubym, czarnym obramowaniu.
- Nie zrobisz tego! - Zasyczała w stronę Sally.
Ja z May i Lanem staliśmy w bezruchu, nie śmiąc przerywać wykonywania kary.
Sally nawet nie podniosła wzroku na moją 'matkę' tylko wyciągnęła z torby długie i wąskie urządzenie, palnik.
Symbol Łowców jest tatuowany wraz z pierwszym zabitym potworem, a do atramentu dodawana jest jego krew. Nie można go usunąć, jedynie zniekształcić, tylko ogniem.
Nagle poczułam dziwny impuls, żeby to przerwać. Zawachałam się.
Mój instynkt przeważnie mnie nie zawodził. Ale nie mogłam przerwać ceremonii.
A do tego chciałam, żeby spotkała ją kara za wszystko co zrobiła.
Sally zbliżyła palnik do znaku Amandy.
"Nie no, nie mogę..." Pomyślałam i zrobiłam lekki krok do tyłu. Oparłam się o szafkę a ta przechyliła się i spadło z niej pudełeczko.
Otworzyło i narobiło hałasu tuż przed tym jak płomień zniekształcił tatuaż.
Z pudełka wyleciał poltergeist, złośliwy duszek tego domu, którego z tatą złapaliśmy z nie małym trudem. Ale tylko tak mogłam zakłócić przebieg ceremonii, nie zwracając uwagi na siebie.
Przez chwilę wszyscy zastygli w zdziwieniu.
Potem Sally westchnęła:
- Tom, Colton, złapcie to coś. - Potem spojrzała na mnie, wiedziała, że to ja przerwałam ceremonię, ale nie miała dowodów.
- Przyjdziemy jutro, tymczasem Chris, będziesz pilnować oskarżonej. Za jej ucieczkę Ty poniesiesz odpowiedzialność. - Powiedziała twardo.
- Tak jest, pani Naczelnik. - Odparłam.
- Zgłosisz się z nią jutro o 12 w Siedzibie. - Powiedziała i wyszła.
- I to ona ma być dla ciebie jak matka? - Pierwsza odezwała się Amanda.
- Oddzielamy pracę od normalnego życia. - Powiedziałam. - Mam cię przykuć do kaloryfera, żebyś nie uciekła?
- Nie jestem aż tak pozbawiona wszelkich morali, żeby uciekać pogrążając własną córkę. - Uśmiechnęła się złośliwie.
Kiwnęłam głową i zwróciłam się do moich przyjaciół:
- Pomożemy bliźniakom?
- Pewnie. - Odparli równocześnie.
Wyszliśmy zostawiając moją 'matkę' samą.
- Tak jej ufasz? - Zdziwił się Lane.
- Jeżeli ucieknie to ją złapię i skręcę kark. - Odparłam poważnym tonem. - A ona chyba zdaje sobie z tego sprawę.

•••

Taki tam prooooolooog, długi jakiś wyszedł xD
Ma ktoś ochotę czytać dalej? :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz